Worms Head – miejsce, gdzie można dosłow ...

Worms Head – miejsce, gdzie można dosłownie przejść w stronę morza.

Jul 01, 2026

Na południowym wybrzeżu Walii znajduje się jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w całej Wielkiej Brytanii – Worms Head. Charakterystyczny skalisty półwysep wysuwa się daleko w morze, tworząc krajobraz przypominający ogromnego morskiego węża. To właśnie od staronordyckiego słowa „wyrm”, oznaczającego smoka lub węża, pochodzi jego nazwa.

image

Najbardziej wyjątkową cechą tego miejsca jest fakt, że dostęp do półwyspu zależy od pływów. Podczas odpływu odsłania się naturalna kamienna ścieżka, dzięki której można pieszo dotrzeć niemal na sam koniec skalistego cypla. Kilka godzin później morze ponownie zalewa przejście, całkowicie odcinając drogę powrotną.

image

Do zatoki Rhossili Bay przyjechaliśmy około godzinę przed najniższym stanem wody, aby bezpiecznie wejść w głąb półwyspu i mieć wystarczająco dużo czasu na spokojną eksplorację.

Dzięki temu, że od ponad pół roku jesteśmy członkami National Trust, mogliśmy skorzystać z darmowego parkingu. To pozwoliło nam zaoszczędzić około 10 funtów, ponieważ samochód trzeba tutaj zostawić na kilka godzin.

Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę punktu obserwacyjnego straży przybrzeżnej. To właśnie tam można sprawdzić, od której godziny wejście na półwysep jest bezpieczne oraz do kiedy należy rozpocząć powrót przed przypływem.

To bardzo cenna informacja, dlatego zdecydowanie polecamy każdemu sprawdzić te godziny przed wyruszeniem i dobrze je zapamiętać. Tutaj to natura wyznacza zasady i zdecydowanie warto ich przestrzegać.

image

Trasa, którą mieliśmy do pokonania, podzielona jest na kilka etapów. Pierwszy odcinek, dostępny dopiero po cofnięciu się wody, okazał się całkiem łagodny. Co prawda po drodze znajduje się sporo skał, ale jest ich na tyle niewiele, że bez większego problemu można wybrać wygodniejszą, bardziej płaską ścieżkę.

Podczas marszu przyszła nam do głowy ciekawa myśl – tej trasy prawdopodobnie nigdy nie da się przejść dokładnie tak samo dwa razy. Przez cały czas analizowaliśmy, którędy będzie szybciej, łatwiej i wygodniej przejść, a możliwych wariantów było naprawdę wiele. Każdy może wybrać własną drogę pomiędzy skałami i kałużami pozostawionymi przez odpływ.

Na wyprawę zabraliśmy ze sobą małe plecaki, drobne przekąski i spory zapas wody. Pogoda dopisywała, było ciepło, a mimo że dopiero rozpoczynaliśmy wędrówkę, dość szybko zaczęliśmy odczuwać wysiłek związany z pokonywaniem nierównego terenu.

image

Kolejny etap prowadził już po bardziej typowym, stałym gruncie, gdzie wyraźnie wydeptana ścieżka wskazywała kierunek marszu. Po pewnym czasie trzeba było jednak podjąć decyzję – iść górą czy wybrać trasę prowadzącą niżej, bliżej morza.

Patrząc z daleka, znajdowaliśmy się właśnie na „ogonie smoka”, bo tak wielu określa kształt Worms Head widziany z lądu. Formacja przypominała trochę grzbiet ogromnego stwora z niemal równą górną krawędzią ciągnącą się w stronę jego „głowy”.

W drodze na sam koniec półwyspu zdecydowaliśmy się na wariant dolny, trzymając się lewej strony ścieżki. Trasa była nieco łagodniejsza, a dodatkowo przez cały czas towarzyszył nam widok na otwarte morze.

Po drodze mogliśmy obserwować wędkarzy próbujących swoich sił na skałach, dziesiątki łodzi zacumowanych w zatoce, spokojnie kołyszące się jachty oraz szybkie motorówki przecinające taflę wody. Widoki zdecydowanie wynagradzały kolejne pokonywane metry.

image

image

Kolejny etap okazał się zdecydowanie najtrudniejszy z całej trasy. Przed nami rozciągała się otwarta przestrzeń pełna ostrych skał, poprzecinanych lejami i głębokimi wyżłobieniami. Najprawdopodobniej zostały one uformowane przez wodę i wieloletnie działanie fal, choć ich wygląd był na tyle nietypowy, że przez chwilę przyszło mi do głowy, że mogły mieć nawet wulkaniczne pochodzenie. Struktura skał bardzo przypominała nam krajobrazy znane z Teneryfy czy Madery.

Tutaj nie było już miejsca na szybki marsz. Każdy krok wymagał uwagi i planowania kolejnego miejsca, w którym bezpiecznie można było postawić stopę. Przez cały czas szukaliśmy najwygodniejszej drogi pomiędzy ostrymi krawędziami i głębokimi szczelinami.

Bywały momenty, kiedy trzeba było niemal przykucać i poruszać się z ciałem ustawionym nisko nad skałami, aby utrzymać środek ciężkości jak najbliżej podłoża i bezpiecznie pokonywać kolejne metry. Ten fragment wymagał znacznie więcej wysiłku niż wcześniejsze odcinki, ale jednocześnie dawał najwięcej satysfakcji z każdego kolejnego kroku naprzód.

image

image

Szliśmy dalej i kiedy nasze stopy ponownie dotknęły bardziej stabilnego, normalnego gruntu, poczuliśmy sporą ulgę. Za nami został najtrudniejszy fragment trasy, a przed nami rozciągał się kolejny etap prowadzący wydeptaną ścieżką — ponownie można było wybrać wariant górny lub dolny.

Po raz kolejny zdecydowaliśmy się iść dołem, zostawiając trasę górą na drogę powrotną. Uznaliśmy, że dzięki temu zobaczymy więcej i cała wyprawa będzie jeszcze ciekawsza.

W oddali zaczynał już być widoczny charakterystyczny Devil's Bridge, a jeszcze dalej można było dostrzec zarys „głowy smoka”, czyli najbardziej oddalonej części Worms Head. W tamtym momencie byliśmy przekonani, że najtrudniejsze odcinki mamy już za sobą.

Morze znajdowało się jeszcze daleko od nas, a niski poziom wody sprawiał wrażenie, jakby półwysep na kilka godzin został oddany we władanie pieszym wędrowcom. Wokół zaczęli pojawiać się miłośnicy sportów wodnych — kajakarze, surferzy i osoby eksplorujące wybrzeże z perspektywy morza.

Zrobiliśmy krótką przerwę, aby uzupełnić zapasy wody i chwilę odpocząć. Siedząc na skałach i obserwując życie toczące się wokół zatoki, trudno było się nie zatrzymać choć na moment i po prostu nie nacieszyć widokiem.

image

imageZbliżaliśmy się do Devil's Bridge i już z daleka wiedzieliśmy, dlaczego miejsce to cieszy się tak dużą popularnością wśród fotografów i miłośników walijskiego wybrzeża.

Naturalna formacja skalna wyglądała wręcz magicznie. Cienkie warstwy skał przypominały ogromne kamienne plastry ułożone pod kątem, które z biegiem czasu utworzyły niezwykłe przejście zawieszone nad wodą. Pod nim rozciągał się prześwit prowadzący wzrok prosto na otwarte morze i fale rozbijające się o skały poniżej.

To bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miejsc do fotografowania nie tylko w Walii, ale być może również w całej Wielkiej Brytanii. Trudno przejść obok niego obojętnie i nie zatrzymać się choć na chwilę z aparatem lub telefonem w ręku.

Przechodząc przez ten fragment trasy, czuliśmy lekki dreszczyk emocji. Było w nim coś wyjątkowego — połączenie surowej siły natury, ogromnej przestrzeni i świadomości, że znajdujemy się daleko od lądu, niemal pośrodku morza.

image

image

W końcu dotarliśmy do miejsca nazywanego „szyją” smoka. Było to kolejne zwężenie półwyspu i jednocześnie następny fragment pełen ostrych, nieregularnych skał o fantazyjnych kształtach.

Zrobiliśmy tutaj krótką przerwę, aby nacieszyć się widokami rozciągającymi się po obu stronach. Patrząc w kierunku stałego lądu, dopiero wtedy naprawdę uświadomiliśmy sobie, jak daleko zaszliśmy w głąb morza. Rhossili Bay wydawała się być znacznie dalej, niż mogło się wydawać na początku wędrówki.

To właśnie w tym miejscu wiele osób kończyło swoją wyprawę i zawracało. Powód był prosty — wejście na „głowę smoka” wymagało pokonania dość stromego i miejscami wymagającego podejścia prowadzącego wyżej ponad skały.

My jednak byliśmy już zbyt blisko celu, żeby rezygnować. Motywacja do zdobycia samego końca Worms Head była zdecydowanie silniejsza niż zmęczenie.

Jeśli będziecie kiedyś w tym miejscu, koniecznie poszukajcie niewielkiej skalnej groty z naturalnym „oknem” wychodzącym na zatokę. To prawdziwy balkon dla VIP-ów z jednym z najpiękniejszych widoków na całej trasie.

image

image

Zaraz po przejściu przez „szyję” smoka ponownie pojawiła się wydeptana ścieżka prowadząca w stronę jego głowy. Czuliśmy coraz większą ekscytację — dotarliśmy praktycznie na sam koniec półwyspu, a przed nami było już tylko wejście na miejsce, jakiego wcześniej nigdy nie mieliśmy okazji doświadczyć.

Początkowo ścieżka prowadziła łagodnie lewą stroną, jednak po chwili zamieniła się w strome podejście wspinające się wysoko ku górze. Wiatr był tutaj zdecydowanie silniejszy niż na wcześniejszych odcinkach trasy, a wokół nas zaczęło pojawiać się coraz więcej ptaków.

Ta część Worms Head jest domem dla wielu gatunków ptaków morskich, dlatego ich obecność była dosłownie wszędzie — nad głowami, na skałach i unoszących się nad klifami prądach powietrznych.

Przez moment wydawało nam się nawet, że zgubiliśmy drogę. Ścieżka prowadziła w prawo, podczas gdy właściwa trasa wymagała dość stromego wejścia na sam szczyt. Kiedy jednak pokonaliśmy ostatnie metry podejścia i stanęliśmy na górze, wiedzieliśmy, że było warto.

Widok, który rozciągał się przed nami, był niesamowity. Jeszcze większe wrażenie robiło jednak spojrzenie w stronę lądu i uświadomienie sobie, jak daleko wyszliśmy w głąb morza. Trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka godzin wcześniej staliśmy na parkingu przy Rhossili Bay.

To było wyjątkowe uczucie. Tego dnia zrealizowaliśmy coś, co od dawna znajdowało się na naszej małej liście marzeń. I właśnie dla takich chwil warto podróżować.

image

image

W drogę powrotną ruszyliśmy tą samą trasą, jednak tam, gdzie wcześniej mieliśmy wybór między dolnym a górnym wariantem przejścia, tym razem decydowaliśmy się na wyższe partie skał. Dzięki temu mogliśmy spojrzeć na Worms Head z zupełnie innej perspektywy i odkryć miejsca, które wcześniej pozostawały poza naszym zasięgiem wzroku.

Cała wyprawa zajęła nam około trzech i pół godziny. Choć odległość do pokonania wynosi zaledwie około 4 kilometrów w jedną stronę, zdecydowanie nie jest to zwykły spacer. Wieczorem czuliśmy tę trasę zarówno w nogach, jak i w rękach.

W głowie pozostał jednak przede wszystkim spokój, satysfakcja i poczucie spełnienia. Po takich wyprawach zawsze mówimy do siebie jedno zdanie: „Ale daliśmy czadu!”. Tym razem nie mogło być inaczej.

image

image

Gefällt dir dieser Beitrag?

Kaufe Houk We Are One einen Kaffee

Mehr von Houk We Are One