Rzuciliśmy hasło: Kornwalia! I ruszyliśm ...

Rzuciliśmy hasło: Kornwalia! I ruszyliśmy przed siebie

Oct 12, 2026

Na samo słowo Kornwalia aż dostajemy gęsiej skórki!

I nie, to wcale nie dlatego, że jest tam zimno! To miejsce wywołuje w nas emocje, które zostają na długo. Wspomnienia, do których chce się wracać, widoki, które trudno zapomnieć, i ta niezwykła atmosfera, której nie da się opisać jednym zdjęciem.

image

Tym razem wystarczyło rzucić jedno hasło: KORNWALIA! I stało się! Kilku znajomych spakowało się i ruszyło razem z nami na kolejną przygodę. Bo czasami nie potrzeba wielkich planów. Wystarczy kierunek, dobrzy ludzie i ciekawość tego, co czeka za kolejnym zakrętem.

A Kornwalia? Cóż… kto był, ten wie, że potrafi skraść kawałek serca.

image

Trzy dni gdzieś daleko na zachodzie. Tam, gdzie kończy się ląd, a zaczyna bezkresny ocean.

Podczas naszej kornwalijskiej przygody trafiliśmy na Gwynver Beach, ukrytą plażę niedaleko Sennen Cove. Z dala od miasteczek, w otoczeniu dzikiego wybrzeża, znaleźliśmy miejsce, w którym czas na chwilę przestał mieć znaczenie.

Spędziliśmy tam cały dzień. Kąpiele w oceanie, fale, śmiech i… mecz piłki nożnej na plaży! Uwierzcie nam, taka zabawa potrafi wycisnąć z człowieka ostatnie siły. Pod koniec wszyscy padaliśmy na twarze, ale walka była zacięta do samego końca. Ostatecznie Tomek i Justyna pokonali nas wynikiem 3:2. No cóż, rewanż musi być!

image

image

Nie byliśmy sami. Na oceanie swoje umiejętności sprawdzali miłośnicy desek, walcząc z falami i szukając tej jednej idealnej. Można było patrzeć na nich godzinami. To właśnie takie chwile przypominają nam, jak piękne potrafi być życie blisko natury.

image

image

Tego wieczoru zachód słońca nie pokazał nam swojego najbardziej spektakularnego oblicza, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Przenieśliśmy się na pobliski camping, gdzie czekał na nas grill, kiełbaski, zimne piwo i to, co w takich wyjazdach lubimy najbardziej. Wspólny czas bez pośpiechu, mnóstwo śmiechu i rozmowy, które przeciągnęły się aż do pojawienia się pierwszej gwiazdy.

A później Krzysztof postanowił poszukać Drogi Mlecznej. I wiecie co? Udało się! Bo czasami wystarczy odrobina cierpliwości, ciemne niebo i chęć, żeby zostać na zewnątrz jeszcze trochę dłużej.

Gwynver Beach dała nam dokładnie to, po co ruszamy w drogę. Wolność, przygodę, bliskość natury i wspomnienia, które zostają z nami na długo.

image

Kolejnego dnia naszej kornwalijskiej przygody postanowiliśmy zdobyć pewną jaskinię na plaży Nanjizal.

Byłem tam już kilka razy, ale nigdy nie odważyłem się dotrzeć do niej samodzielnie. Tym razem, w większej grupie, było zdecydowanie raźniej. Bo czasami wystarczy mieć obok siebie ludzi, z którymi nawet te trochę bardziej szalone pomysły stają się możliwe.

image

Song of the Sea, bo tak nazywa się ten niezwykły łuk skalny, najlepiej odwiedzić podczas odpływu. Właśnie dlatego zaplanowaliśmy naszą wyprawę tak, aby trafić tam w odpowiednim momencie.

Początek był całkiem prosty. Przejście przez płytką wodę nie stanowiło większego problemu. Później jednak zaczęły się wielkie głazy i rock pool, czyli naturalny skalny basen, który trzeba było pokonać.

Woda była całkiem głęboka, a unoszące się w niej wodorosty wcale nie zachęcały do wejścia. W takich chwilach człowiek szybko zaczyna analizować każdy ruch. Ale plan był prosty: nie zatrzymywać się, płynąć przed siebie i najlepiej niczego nie dotykać!

image

No i udało się!

Woda była lodowata, ale kiedy znaleźliśmy się po drugiej stronie, naszym oczom ukazał się widok, dla którego naprawdę warto było się przełamać. Turkusowy ocean, potężne skały i niezwykła przestrzeń zamknięta w naturalnym kamiennym łuku.

Przez chwilę mogliśmy po prostu stać i chłonąć to wszystko. Bez pośpiechu, bez myślenia o tym, co dalej. Tylko my, ocean i poczucie, że właśnie przeżyliśmy coś wyjątkowego.

To właśnie dla takich chwil podróżujemy. Żeby przekraczać własne granice, odkrywać miejsca, które zapierają dech w piersiach, i wracać z poczuciem, że było warto.

image

Tego samego dnia mieliśmy jeszcze jeden cel na naszej kornwalijskiej mapie. St Michael’s Mount, czyli jedna z najbardziej rozpoznawalnych i magicznych wysp Kornwalii.

Plan był prosty. Chcieliśmy dostać się na wyspę, ale niestety spóźniliśmy się dosłownie o 10 minut. Ostatnia łódź z turystami odpłynęła tuż przed naszym przybyciem. Cóż, czasami podróże piszą własne scenariusze i trzeba szybko zmienić plany.

image

Postanowiliśmy więc znaleźć spokojne miejsce i wznieść naszego drona w powietrze. I to był strzał w dziesiątkę! Z góry mogliśmy podziwiać tę niezwykłą wyspę z zamkiem na szczycie, a także brukowaną drogę prowadzącą na St Michael’s Mount, która podczas przypływu znika pod wodą. Widok robił niesamowite wrażenie!

image

Przy wyspie czekała na nas kolejna niespodzianka. Marina była pełna łodzi, a my trafiliśmy akurat na wydarzenie, podczas którego sporo lokalnych mieszkańców wypływało na wodę. Łodzie i uczestnicy okrążali wyspę św. Michała, a następnie wracali w kierunku plaży. Nie spodziewaliśmy się takiego widoku i przyznamy szczerze, byliśmy w szoku!

image

image

To właśnie uwielbiamy w podróżowaniu. Nawet jeśli coś nie idzie zgodnie z planem, po drodze potrafi wydarzyć się coś, co całkowicie zmienia perspektywę i zostaje w pamięci na długo.

Tak zakończył się nasz drugi dzień w Kornwalii. Ale to wciąż nie był koniec przygód! Jeszcze tego samego wieczoru ruszyliśmy na kolejny nocleg na campingu, tym razem na półwyspie Lizard, najbardziej na południe wysuniętym skrawku kontynentalnej Wielkiej Brytanii.

Kolejny dzień czekał już za rogiem, a Kornwalia wciąż miała nam wiele do pokazania.

image

Każdy dzień dobrej podróży powinien zaczynać się tak samo. Od porządnego śniadania, aromatycznej kawy i czegoś słodkiego! Tym razem postanowiliśmy zajrzeć do pobliskiej wioski i to był strzał w dziesiątkę. Energii mieliśmy tyle, że można by nią obdzielić pół Kornwalii!

A skoro sił nie brakowało, ruszyliśmy w stronę Kynance Cove, jednego z tych miejsc, w których człowiek od razu zapomina o całym świecie. Turkusowa woda, niezwykłe formacje skalne i plaża, na której można spędzić cały dzień, nie patrząc na zegarek.

image

Ale tym razem mieliśmy też konkretny plan. Chcieliśmy wykonać ujęcie z drona do naszego kalendarza na 2027 rok. I tutaj zaczęły się schody! Okolica wymagała wcześniejszych ustaleń ze względu na pobliskie lotnisko, obiekty wojskowe oraz teren należący do National Trust. Nie było to takie proste, ale po załatwieniu wszystkich formalności udało się dopiąć wszystko na ostatni guzik. W godzinach od 14:00 do 17:00 miałem zaplanowane okno na loty i możliwość realizacji naszego fotograficznego celu.

image

Zanim jednak przyszedł czas na drona, zrobiliśmy to, co na Kynance Cove robi się najlepiej. Zeszliśmy na plażę, wskoczyliśmy do wody, wygrzewaliśmy się w słońcu i odpoczywaliśmy na kocyku. Bez pośpiechu, bez stresu, po prostu ciesząc się chwilą.

I wiecie co? Chyba właśnie takie dni sprawiają, że człowiek zakochuje się w podróżowaniu jeszcze bardziej. Bo nie zawsze chodzi o zdobywanie kolejnych miejsc, odhaczanie atrakcji czy robienie idealnych zdjęć. Czasami wystarczy słońce na twarzy, chłodna woda oceanu i ludzie, z którymi można dzielić te wszystkie małe radości.

Żal było opuszczać to miejsce. Żal było też żegnać się z naszą ekipą, bo wspólne przygody mają w sobie coś wyjątkowego. Śmiech, spontaniczne pomysły i wspomnienia, które zostają z nami na długo.

My zostaliśmy w Kornwalii jeszcze jedną noc. Ale to już zupełnie inna historia…

image

Enjoy this post?

Buy Houk We Are One a coffee

More from Houk We Are One